Z problemem przyrostu wiąże się zazwyczaj problem migracji. Jeśli język ma przyrost wegetatywny równy zeru lub poniżej zera, potrzebny jest import siły ro­boczej posługującej się zwykle innym językiem. Róż­nic będzie coraz więcej, jeżeli tylko imigranci spowo­dują wysoki przyrost wegetatywny. Wykres pozwala na dokonanie elementarnej analizy korzyści i kosztów. W przypadku oznaczonym nume­rem 1 inwestycje potrzebne do uzyskania wzrostu licz­by użytkowników związane będą ze wzrostem produk­tywności. W przypadku 2 jest inaczej: inwestycje ros­ną, natomiast produktywność jest niemal stabilna. Gorzej w przypadku 3: wzrost inwestycji nie jest opła­calny ponieważ może spowodować obniżenie produk­tywności.

Pierwszy problem jest wspólny wszystkim, nie tylko językowym mniejszościom. Mam na myśli demografię. Weźmy pod uwagę dwa języki: jednego używa sjjołeczność o niskiej stopie śmiertelności i wysokiej urodzeń; drugiego — społeczność o niskiej stopie urodzeń i wy­sokiej śmiertelności. Jeśli tylko te tendencje nie ulegną zmianie, to czas będzie naturalnie działał na korzyść pierwszego języka. Tak samo byłoby, gdyby stopy urodzeń były takie, jak powiedzieliśmy, stopy zaś śmiertelności — identyczne dla obu języków. Nie znam zbyt wielu prac badawczych z zakresu demografii ję­zykowej, ale takie ujęcie jest często spotykane w in­terpretacji niektórych przypadków przetrwania albo w aktualnych niepokojach niektórych polityków. War­to zaznaczyć, choć nie jest to zagadnienie ściśle ję­zykowe, że gdyby w Związku Radzieckim stopy uro­dzeń i śmiertelności utrzymały się na tym samym po­ziomie, muzułmanie staliby się tam w stosunkowo kró­tkim czasie większością.

Nie dziwią mnie elementy „żółte” w referacie teore­tycznie „czerwonym” (dziedzictwo, zachowanie, odzys­kanie). Naturalnie nie dziwią mnie również elementy „czerwone” (zrozumienie, szacunek, konflikt). Dziwi mnie natomiast — jako że autorzy referatów chcą ocalić język niezależnie od tego, czy jego użytkowni­cy to burżuazja, czy proletariat — że jedyne środki, ja­kie biorą pod uwagę, to „wyczulenie całej ludności Kraju Walenckiego” i „paralelny proces normalizacji językowej, który wymaga opracowania odpowiedniego planu działania w trzech zakresach: a) język w szkole, ‘b) język w środkach społecznego przekazu, c) język w administracji państwowej”.Skoro cele zachowania lub ocalenia języka są jasne, a charakter polityki wydaje się tak oczy wisty,  nieła­two wytłumaczyć, gdzie właściwie tkwią problemy. Te zaś niestety istnieją.

Samo stwierdzenie, że pragnie się zachować ję­zyk — to za mało. Trzeba znać czynniki, które mogą wspomagać lub utrudniać realizację tego pragnienia. Dlatego zdziwiłem się, znalazłszy pośród referatów przygotowywanych na III Zjazd Partii Socjalistycznej Kraju Walenckiego jeden poświęcony kulturze, w któ­rym mówi się między innymi (zaznaczam, że nie wiem, jakie były tego konsekwencje):Walencki, nasz specyficzny wariant językowy, który po­dzielamy z takimi między innymi społecznościami, jak Ka­talonia i Baleary, i który aktualnie uznaje się za język kataloński, jest cząstką szczególnie wartościową naszego dziedzictwa kulturowego. Gwarancja jego przetrwania ści­śle wiąże się z pilnym i koniecznym procesem normalizacji jego używania i nauczania.Dalej, odnośnie do polityki językowej, było powiedzia­ne: XXIX Zjazd PSOE w swojej rezolucji poświęconej niniej­szemu problemowi bierze pod uwagę potrzebę wskazania pewnych podstawowych kryteriów polityki językowej, któ­re przyczynią się do odrodzenia i wzmocnienia różnych ję­zyków na terenie Hiszpanii. A to dlatego, żeby z całym poszanowaniem, tolerancją i całkowitym zrozumieniem roz­wiązać problem językowy, w którym zawarł się w pewien sposób odwieczny konflikt między centrum a peryferią na­szego państwa.

Andyjski keczuański przetrwał mimo braku literatury pisanej. Łacina umiera mimo istnienia literatury, klasyczna greka zaś przekształca się wraz z literaturą. Jest to kwestia czynników demo­graficznych, politycznych, również samej jjolityki. Można także tworzyć języki sztuczne (esperanto, BASIC lub RPG) albo — jak wspominałem — języki unifikacji politycznej, których wprowadzenie też bę­dzie zależało od rozmaitych czynników. W przypadku problemu, którym się tutaj zajmujemy, jest oczywiste, że polityka zachowania lub ocalenia jakiegoś języka dotyczy każdej z tych grup. W politykach normalizacji, rozprzestrzeniania, dobrych stosunków w systemie na­uczania lub w administracji i w ich zastosowaniu w środkach komunikacji społecznej najbardziej liczy się element diachroniczny.

To zaś prowadzi do stwierdze­nia, że jeżeli dwa społeczeństwa różnią się, to ich po­lityki językowe także będą musiały być różne.Na koniec postaram się, żeby cele, o jakich mam mówić, były celami rzeczywistymi, a nie tylko słowa­mi kierowanymi do tłumów. Można oczywiście powie­dzieć, że pragnie się zachować język jako dziedzictwo, podczas gdy w rzeczywistości celem jest rozszerzenie zasięgu języka—kultury—narodu—państwa. W takim przypadku nie klasyfikowałbym tego jako polityki za­chowania języków, ale jako politykę obrony określo­nych grup.Stało się już tradycją, że gdy tylko mowa o zjawiskach językowych, to albo o rozróżnieniu na poszczególne ich aspekty, albo o ujęciu diachronicznym i synchro­nicznym.Z diachronicznego punktu widzenia twierdzenie, że języki mogą umrzeć albo przynajmniej ulec transfor­macji i podlegać zmianom na skutek czynników różnej natury — jest banalne.

Ludzie ci byli bardziej świadomi nierówności kultu­rowych. Co innego jednak działo się z angielskojęzycz­ną peryferią: traktując jednakowo ludność francusko­języczną i angielskojęzyczną mniej byli do tego pro­cesu przekonani. Posiadali z kolei większą świadomość nierówności społecznych.Nie chcę się tu angażować w polemiki posługujące się terminami „religijnymi” (dobrzy i źli), które prze­szkadzają w rozpoznaniu warunków, w jakich można zaprogramować określoną politykę językową. Są to wa­runki rezygnacji albo gry o wszystko.Jeżeli „walczy” Prawda przeciwko Błędowi, trudno zdać sobie sprawę z tego, kto wygrywa, a kto przegry­wa, ilu jest wygrywających, a ilu przegrało, oraz do jakiej grupy społecznej każdy z nich należy. Jak bo­wiem zobaczymy, problemu nie ustanawia się w ka­tegoriach Historii (korzenie, znaki tożsamości, odro­dzenie narodowe) ani też w kategoriach określonej przeszłości (identyfikacja z agresorem, dawne krzyw­dy i zniewagi), ale w kategoriach społeczeństwa teraź­niejszego i przyszłego.

Powróćmy teraz do przypadku Quebecu. Cel: za­chowanie języka, ma tutaj znaczenie drugorzędne. Chodzi raczej o obronę grupy francuskojęzycznej. Cel ten został osiągnięty między rokiem 1974 a 1977, kie­dy to Quebec przekształcił się z prowincji dwujęzycz­nej w organizm o jednym języku oficjalnym. Dokonało się przejście od dążenia, żeby Francuzi byli dwuję­zyczni, a ludność angielskojęzyczna posługiwała się jednym językiem, do dążenia, aby francuski był sil­niejszy i bardziej stabilny, ludność francuskojęzyczna zaś osiągnęła większy dobrobyt kulturowy. Jak ode­brany został ten proces przez ludność angielskojęzycz­ną? Różnie, w zależności od tego, czy należeli oni do centrum, czy do peryferii Quebecu. Angielskojęzyczne centrum próbowało patrzeć na to wszystko z sympatią.

 

Omówimy tutaj trzy duże cele: zachowanie języka, obronę jednej łub wielu grup użytkowników danego języka oraz wyzwolenie konkretnych osób mówiących tym czy innym językiem.Cel tego działu ma jeszcze aspekt dodatkowy. Jak wiadomo, normalne warunki, w jakich rozwija się po­lityka, to warunki niepewności. Stąd informacja na­biera takiej mocy, że mówi się nawet „informacja to władza”. Dodatkowo próbuję tutaj pokazać, jakimi in­formacjami należałoby dysponować, aby osiągnąć po­wodzenie danej polityki, to znaczy: jakich informacji potrzeba, aby strategie stosowane wobec każdego celu uwieńczone zostały sukcesem. Żeby jednak nie ograniczać się jedynie do celów, procesów i wskaźników, dodam jeszcze problemy.